kreowanie osobowości
(20:05)
Zawsze wywierałam na sobie presję bycia oryginalną, szukać siebie, szukać poczucia prawdy i zespolenia swoich estetyk. Nie przeszkadzały mi kolejne comiesięczne fazy, ale jednocześnie czułam się jak pozer (jakby to było coś złego phi), a nawet ograniczałam się przez myśl, że to co aktualnie lubię nie jest prawdziwe - moja estetyka powstała przez wpływ jakichś "le sił wyższych" - a więc nie było sensu specjalnie się w nią wczuwać, skoro i tak nie zaprowadzi mnie do mojego skonkretyzowanego celu - znalezienia siebie.
To co napisałam miałoby sens, a nawet jakąś dojrzałość, wątek przemijania, ale moje problemy nie byłyby moje, gdyby nie wisiała nad nimi gruba warstwa obawy o opinię otoczenia i moją pozycją w nim.
Przeczytałam dzisiaj opowiadanie Murakamiego (Szeherezada) o kobiecie opowiadającej wymyślne
historie po stosunku swojemu klientowi - z jego perspektywy właśnie toczy się ta przyziemna, realna część. Bezimienna kobieta opowiada mu o wspomnieniach z poprzedniego życia i włamań do domu ukochanego za czasów licealnych. Sam klient (jego imię jest napominane parę razy, nie zapamiętałam go jednak) pisze, że nie jest pewny na ile prawdziwe one są, nie bardzo też ma to dla niego znaczenie. Stają się one pewnym spoiwem w ich relacji. Klient już po opuszczeniu mieszkania przez gospodynię, rozmyśla nad jej funkcją w jego życiu. Lęka się jej odejścia. Przyznaje się, że nie będzie on tęsknił za seksem, robionymi przez nią zakupami, czy tą funkcją opiekunki, którą sprawowała nad nim. Nie wiem dlaczego to robiła, ogólnie klient przejawiał zaburzenia aspołeczne - przyznał się, że nigdy nie wychodził z domu, pogrążony był w letargu, a całe jego życie dążyło tylko do kolejnych historii gospodyni. Fatasmagoryczne historie, które opowiadała mu po każdym wykalkulowanym stosunku chyba były jedynym realnym elementem w jego życiu.
Natchnęło mnie to myślą, że może jedyną ucieczką do prawdy jest bajka. Świat jest irracjonalny, dlatego bezsensowne jest szukanie jakiejkolwiek prawdy żywej.
Wydaje mi się, że nigdy nie szukałam swojego stylu (zewnętrznego), a akceptacji i pewności siebie. Przesuwały się przed moimi oczami kolejne figury przejawiające te cechy, wiodące życie, jakie ja chciałam mieć, i myślałam, że upodabniając się do nich, będę taka sama. W sensie... tak naprawdę nie zależało mi na byciu Dodą, a raczej posiadaniu rzeszy obsesyjnych fanów i pewnej funkcji w społeczeństwie.
Mrożek pisał, że "istniejemy" tylko w oczach drugiego człowieka. Każda napotkana przez nas osoba może widzieć nas trochę inaczej, a więc wyginamy się przed nią, by jej obraz jak najbardziej przypominał nasze istnienie, które chcemy, by ta osoba o nas mniemała. Określiłabym tak osobowość. Czy są to kolejne nakładane na nas filtry? Czy wszystkie razem tworzą osobowość?
(((((sprawdziłam później definicję na wikipedii: szach mat, osobowość nie istnieje, but google it yourself))))
Wniosek
Zbliżam się do opanowania sztuki wyjebania. Ogłaszam: mam zero skrupułów. Będę kradła osobowość innym ludziom, szukała swoich prawd i po prostu dostosuję się do społeczeństwa po swojemu, bo tak nakłaniają mi moje granice komfortu psychicznego. Również: nie będę się czuła ze sobą komfortowo, dopóki nie będę ważyła 50 kilo. Dodam, że: jestem samotna oraz: dostosowanie pod innych może nie być taką zgubną opcją.
Średnio mi zależżżżżżżyyyyyyyyyy.
(21:30)
Komentarze
Prześlij komentarz